W autobusie stoję na tzw. "karpia." Martwię się o to, żeby nie stracić zębów i nie mieć obitych pleców dzięki "uprzejmości" jednej z autobusowych babć. Nie wiem, jak wy, ale zawsze mam wrażenie, że w autobusie jestem uważana za wroga publicznego nr 1, bo przecież:
a) jestem młoda i zawsze, podkreślam zawsze powinnam stać, niezależnie, czy są miejsca, czy nie, bo przecież ktoś może chcieć usiąść właśnie na tym konkretnym miejscu, które moje szanowne litery niesłusznie zajęły.
b) słucham zbyt głośnej, zbyt nieznośnej, zbyt ...po prostu Zbyt muzyki, która zakłóca zrównoważoną egzystencję w "miejskim pudełku."
c) nie chce mi się gadać z jakąś przypadkową osobą, która właśnie mnie wybrała na swojego powiernika.
d) nie mam oczu dookoła głowy i szczerze powiedziawszy myślę jedynie o tym żeby wreszcie dojechać na miejsce, niż nad tym, czy powinnam wstać i odstąpić miejsce, czy nie- wolę gapić się w okno.
Nie jestem impertynentką, czy ignorantką. Wiem, że są osoby, którym ustąpienie miejsca jest potrzebne i wtedy to robię, ale jeśli widzę, że ktoś fuka, stęka, zwraca mi uwagę tylko po to, żeby zrobić ze mnie tą złą i poględzić, jaka to dzisiejsza młodzież jest okropna, to wybaczcie, zapieram się i siedzę (Wiem, pójdę do piekła i będę się tam smażyć.)
Docieram zdyszana na uniwerek i słucham, pierwszy wykład jest fascynujący i słucham, słucham, piszę i piszę, ale nagle - nie wiem, jak to się dzieje - moją uwagę rozprasza dziki pomruk, niczym ryk lwa będącego na polowaniu. Rozglądam się po sali rozbieganym i błędnym wzrokiem. Ufff... całe szczęście nikt nie słyszał tego krzyku rozpaczy mojego żołądka, który błaga o choćby rogalika, batona, żelki, o kanapce już nie wspominam, Takie marzenia pozostawiam daleko za sobą, bo po co się denerwować, że nie miałam czasu zrobić czegoś Normalnego do jedzenia.
Przede mną jakiś chłopak śmie wcinać na moich oczach pączka... no nienawidzę człowieka... i jeszcze siedzi na fb, kiedy ja nie mogę złapać połączenia. I gdzie tu sprawiedliwość? Chyba poszła dziś na spacer... ta dziś, chyba na biegun pojechała i tam zabalowała, bo coś dawno jej nie spotkałam.
Wpada koleżanka, opowiada o imprezach, na których była, kogo poznała, co piła, ile jadła, kiedy zaliczyła zgon... i zaczynam rozumieć, dlaczego ludzie mają takie zdanie o studentach. Też tak myślałam...do czasu. Miałam być wyluzowana, chodzić na imprezy, leniuchować, spać do późna, a przed sesją modlić się o 3 i tak przeżyć najpiękniejsze lata w swoim życiu, a tymczasem śpię po 3h, wstaję zaspana, jestem głodna i zmęczona, pracuję jak wół i bynajmniej nie imprezuję...Imprezę to ja widziałam, w wakacje chyba... a nie! Zapomniałam! Wtedy też nie, pracowałam. Siedzę przed tym komputerem, czytam materiały na zajęcia i raczę się napojem bogów - tyle, że w moim wypadku nie jest to ambrozja, ale tiger, redbull czy inny energy drink, bo przecież wypijesz i power is back. Tak? Mam rację?
Wreszcie padam i zasypiam na laptopie, śnię o wygodnym łóżku i spokojnym poranku, tylko po co? Czy po to, żeby jutro usłyszeć, że jestem jedną z tych okropnych studentów, którzy nie chcą ustąpić miejsca, bo młodzież jest niewychowana?